|
Archiwum
Zakładki:
Kilka rzeczy które lubię
|
zapiski coddziene
czwartek, 29 października 2009
Pisałam już o swoich guzach przy tarczycy. Kontroluję je od lutego tego roku co 3 miesiące. Był jeden, w czerwcu okazało się, że są już dwa, ale ja jakoś otumaniona nawet nie zajrzałam do usg. Przejęłam się w czerwcu tym, że ten jeden urósł i nie zwróciłam uwagi na to, że jest jeszcze jeden. Lekarz jednak jeszcze mnie uspokajał, że jest za mały, żeby z nim coś robić. Z guzami, które nie mają 1 cm nic nie robią tylko obserwują. Latem czułam, że mnie boli z drugiej strony i mówiłam do męża, że chyba jeszcze jeden rośnie. We wrześniu czekając na kolejne usg oglądałam poprzednie, a na nim jak wół widniało, że jest jeszcze jeden. We wrześniu okazało się, że znów urosły, ale tym razem lekarz już mnie nie uspokajał. Spokojnie powiedział, że następna wizyta w grudniu, jeśli urośnie to umawiamy się na operację bo jest podejrzenie o raka. Wróciłam do domu i.... Jakoś przecież trzeba żyć. Ile mi zostało? Czas pożegnać się z tym wszystkim co tu na ziemi jest. Może ostatni już raz widziałam swojego brata z rodziną z Kanady? Może to moje już ostatnie lato? Może ostatnie święta Bożego Narodzenia? Natłok myśli. Co robić? Jak żyć? Mąż mówi: słuchaj - ja mając 2 latka miałem złośliwego raka, medycyna nie była tak rozwinięta i żyję. To prawda, ale myśli wciąż dalej się tłoczą. W grudniu będę musiała już powiedzieć o tym dzieciom. Ale jak? Wiem, że może się udać, że na razie to tylko podejrzenie, ale jest coś i to rośnie. Człowiek w takich chwilach nie myśli o tym, że będzie dobrze, ale, że trzeba się naszykować na najgorsze. Jak spędzić te ostatnie chwile? No cóż - nie wiem ile mi zostało więc trzeba każdy jeden dzień przyjąć jako dar. Czas pożegnać się z tym życiem, żegnam się każdego dnia, ale w głębi duszy, ale bardzo głęboko wiem, że wszystko może się zdarzyć, że dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych. I tu zaczyna się moja przygoda z Panem Bogiem. W tej chwili przechodzę "szybki kurs" bycia tak naprawdę z Panem Bogiem, ale o tym już później. Następne wpisy będą mówić dużo o tym bo tym żyję. Owszem, jest praca, kłopoty w domu i tu też uczę się wszystko robić z Bogiem co nie jest łatwe. Ale Bóg jest i ja to wiem, ja Go na nowo odkryłam i może być pięknie mimo wszystko.
poniedziałek, 26 października 2009
Chciałam coś napisać, ale nie mogłam się odnaleźć na tych nowych stronach. Zdecydowanie wolałam starą szatę. Była bardziej przejrzysta. Dużo się dzieje, jest mi trudno i ciężko. Jest też pięknie,ale to tylko momenty. Nawet nie wiem od czego zacząć.
piątek, 12 czerwca 2009
Pracuję, póki co żyję. Teraz jestem sprzątaczką w zakładzie betoniarskim. Pracuję na 2 zmiany, posprzątam co mam do posprzątania i nawet trochę czasu wolnego. Na 1 zmianie jesteśmy we dwie, na drugiej we trzy. Dziewczyny jak na razie fajne. Najważniejsze, że mam spokój. W zasadzie to już tylko się cieszyć, ale oczywiście w życiu ciągle jest coś. Porobiłam badania kontrolne. Usg piersi wykazało, że są małe torbiele, ale tym rozmiarem ponoć nie ma się co martwić. Kontrolne usg tarczycy wykazało, że przez te ostatnie 3 miesiące guz urósł, ale nie ma jeszcze 1cm więc za mały, żeby coś robić. Jeśli za następne 3 miesiące urośnie to czeka mnie biopsja no i leczenie. Co tu ukrywać: są chwile, że mam pełne gacie strachu.No i oczywiście ciągle powoli chudnę. Już nie mogę na siebie patrzeć: nogi i ręce jak patyki, a buzia taka drobniutka... No teraz nadal nie wiem czy chudnę z nerwów i strachu przed chorobą, czy też faktycznie coś mi jest. Mąż końcem maja miał zabieg na przegrodę nosową, a córka w środę idzie na operację kolana. Wysiadła jej rzepka i łękotka-leczenie tylko operacyjne. Poza tym muszę się trzymać i mieć ufność w Bogu. Muszę zaufać, że co ma być to będzie.
środa, 13 maja 2009
Pierwszy raz cieszę się, że mnie zwolnili z pracy. Jeszcze tylko 4 dni tam będę i skończę z tym obozem pracy. Może chociaż troszkę przytyje i uwierzę, że nic mi nie jest, że chudnę z nerwów.
niedziela, 22 marca 2009
A to ciekawe więc muszę zapisać..., żeby nie zapomnieć. Każdy niemal dzień niesie ze sobą jakieś zmiany. Jedną z ostatnich jest ta, że przy swoim stanowisku pracy nie można jeść. To jeszcze można zrozumieć. Zrobili nam jadalnię, na którą mamy kawał drogi więc tym z okapów zrobili zakątek ze stolikiem na 8 miejsc, postawili kwiatki, żeby jakoś odgrodzić to od hali i te wszystkie ludzie:) - około 100 może tu zasiąść sobie. No, ale nowiną jest, że w czasie przerwy 5 minutowej nie możemy np wypić kawy. Dlaczego? Bo - nie. Dziewczyna w czasie takiej 5-minutówki jadła cukierka. Podszedł do niej kierownik i powiedział, że od tego jest przerwa śniadaniowa 20 minutowa. Myślała, że to żart, ale niestety się myliła. Mogła jeszcze tego cukierka zjeść, ale za żółtą linią, która odgradza taśmę produkcyjną od hali, ale przede wszystkim na śniadaniówce, a nie na 5-minutówce:) Mnie i 3 dziewczyny zakład skierował na badania okresowe. No ja jak to ja zbuntowałam się troszkę bo ja rogata dusza jestem. Nie zmienię się bo za stara już jestem. Podeszła pani kierownik i wręczając skierowanie na badania powiedziała, że mamy je zrobić na drugiej zmianie, a po badaniach przyjść do pracy. Ja zorientowałam się troszku i napisałam podanie o jeden dzień wolnego w zamian za te badania. No bo jest sytuacja taka, że badania odbywają się w mieście, gdzie pracuję. My tam nie mamy dojazdu. W związku z tym muszę jechać porannym busem o godzinie 5 rano wyjazd, tam jestem przed 6, przychodnię otwierają o 7, lekarza przypuśćmy, że załatwię o 12, do godziny 14 muszę czekać na drugą zmianę i o 22 skończę, a ponieważ wypada nam jazda długą trasą, to zamiast robić 27 km w jedną stronę to wtedy robimy ponad 80 więc w domu jestem po 23 w zależności od pogody bo byłam już nawet po 23:30. W tym dniu będę do dyspozycji pracodawcy od godziny4:30 bo wstaję, ale liczy się czas odjazdu. Zakład chce zapłacić mi tylko za czas spędzony u lekarza, ale mi należy się w związku z brakiem możliwości powrotu przed drugą zmianą do domu, albo dzień wolny, albo zapłata jak za delegację czyli cały ten czas opisany. Powiedziałam o tym dziewczynom, ale popatrzyły na mnie jak na wariata. Napisałam podanie i problem bo pani sekretarka nie chciała mi tego przyjąć mówiąc, że pan dyrektor nie zajmuje się takimi sprawami. Ale co pani chce uzyskać? Próbowała wyjaśniać, że n ie mam racji, ale po długich moich naleganiach, a robiłam to w czasie przerwy i po skończeniu pracy w końcu przyjęła moje podanie z kopią dla mnie potwierdzającą moje pismo.Czyli tamta skarga prawdopodobnie nie trafiła do dyrektora. Zobaczymy co z tego wyniknie, na badania pójdę, ale swego będę dochodzić bo mam tego zakładu dość.
czwartek, 12 marca 2009
Ten cały czas był bardzo nerwowy i pracowity. W listopadzie w jego drugiej połowie dorabiałam sobie sprzątaniem. Przyjaciel odwiedza systematycznie od paru lat pewną lekarkę, która remontowała starą szkołę na przychodnię. Remont na tyle się skończył jednej części budynku, że trzeba było po tym remoncie doczyścić wszystko, a po nowym roku ona tę przychodnię otworzyła. Miałam w tej przychodni sprzątać na etacie. Więc przed jej otwarciem, a rano przed drugą zmianą jeździłam, po pierwszej zmianie do 20,30 sprzątałam, spałam i pracowałam. Lekarka zaproponowała mi 8 zł na rękę za sprzątanie po remoncie i doprowadzeniu na cacy tych gabinetów łącznie z myciem okien. Zgodziłam się myśląc o przyszłości. Tyrałam jak koń, ale na dłuższą metę zaczęłam słabnąć. Sprzątała ze mną też pani Bożenka-rencistka, znajoma lekarki, która też miała na ten etat chęć. Po nowym roku stwierdziłam, że biorąc pod uwagę, ze w drugiej części budynku ciągle trwa remont, a te części się łączą roboty będzie ciągle, a ja się zaoram. Przychodnia już otwarta więc może skoro jest potrzeba to zatrudni na etat? No cóż - myliłam się, tak bym ciągnęła w nieskończoność bo ona wcale nie zamierzała mnie zatrudnić, ale wykorzystać! Wypłaciła mi pieniądze, ale 7 zł bo jak uparcie twierdziła - tak się umawiała , a ja z ulgą skończyłam tam tyrać. Zaczęłam źle wyglądać. Na przełomie stycznia i lutego złapała mnie grypa, która była bardzo ciężka. Nerwy w pracy i niestety, ale codziennie słyszałam, że coraz gorzej wyglądam. Zaczęłam się sobie przyglądać, w samym lutym schudłam nagle 5 kg z dnia na dzień, twarz zrobiła mi się szara, oczy zapadnięte, dziury w ciele, kości na wierzchu, brak tyłka, nogi i ręce z dziurami jak patyki: nie było wesoło. Wiedząc, ze mam guza koło tarczycy musiałam iść do lekarza. Bo przecież to na pewno rak! Znajoma wprowadziła mnie do znajomego endokrynologa. Bardzo dobrego. Będąc od niej uzależniona bo na takie wizyty czeka się miesiącami, a ja potrzebowałam już musiałam wziąć urlop. Powiedziałam kierowniczce wszystko po kolei, co i jak, dokładnie, ale ona niestety jak już pisałam nie chciała tego urlopu mi dać. Mnie stres zjadał. Chudłam ciągle i byłam przerażona. Mówię lekarzowi o swoich obawach i pytam czy to rak czy stres. Stwierdził, że trzeba zrobić badania, żeby wykluczyć raka. Zrobiłam usg tarczycy, z wynikiem czekałam na niego prawie tydzień więc znów nerwy - nie mogłam szybciej jechać do niego. A wynik dokładnie taki: gruczoł tarczycy niepowiększony w całości o zaburzonej endostrukturze-drobne torbieliki. W cieśni zmiana ogniskowa o wymiarach:1L 0,32 cm 2L 0,72 cm No cóż - pełne gacie strachu. Znów pojechałam. Przyjął mnie, obejrzał wynik i powiedział, że jest to za małe- żeby ruszać, żeby coś z tym robić. W czerwcu mam się zjawić i zrobić kontrolne usg. No i chyba kamień z serca mi spadł bo tak sobie myślę, żegdyby to było coś poważnego to dałby mi dodatkowe badanie, jakieś leczenie, a tu nic. Chyba na 3 miesiące mam spokój. Tak więc chudłam ze stresu. Teraz biorę świruski-tabletki uspokajające ziołowe, jem na siłę i chyba już trochę lepiej wyglądam. W międzyczasie dowiedziałam się, że mój ojciec nie żyje już prawie 5 lat. Jego siostra cudem się dowiedziała o tym i zaraz mi powiedziała. Wszystkim żal, że nie wiedzieliśmy o jego śmierci bo co było to było, ale na pogrzeb na pewno pojechalibyśmy. Odnalazłam na naszej klasie mojego przyrodniego brata i prosiłam, żeby cokolwiek o nich o ich życiu napisał, ale nie odzywa się. Liczę, że jeszcze to zrobi. Poza tym muszę znaleźć inną pracę bo w tej po prostu się wykończę. Cały dzień lutuję i kręcę i wdycham dym z lutowania, albo stoję 8 godzin i biegiem skręcam silniki ze ślimakami, a ręce odpadają od roboty. Nie ma w tym zakładzie zadowolonego człowieka, wszyscy narzekają, że to obóz pracy i wykańczalnia. Jak się zużyjesz, a ręcę szybko wysiadają to cię wyrzucą bo będziesz bezużyteczna. Więc jeśli ktoś .......szuka sumiennego pracownika - chodzi tu o mnie to ja w każdej chwili jestem chętna, a moja wdzięczność nie będzie miała granic.
środa, 11 marca 2009
Muszę to z siebie wywalić. Tyle się wydarzyło i dobrze, że zostawiłam sobie tę furtkę bo raz na jakiś czas.... Wszystko popierdzieliło się w pracy. Tyle nerwów, że już wysiadam. Zamiast leczyć swoją nerwicę to ją pogłębiam. W grudniu dużo pracowałam. W zasadzie to i w listopadzie bo przepracowałam 4 wolne soboty pod rząd czyli 6 dni w tygodniu. Jest to duuży wysiłek. Tyle pracowało wiele osób bo chciałyśmy wziąć większą wypłatę na święta. Jakież było nasze zdumienie kiedy za naszą pracę dostałyśmy 1300 zł z groszami. Okazało się, że Włoch- właściciel fabryki zabrał nam premię. Nie całą bo przecież produkcja szła więc musiał, ale obniżył do min tłumacząc, ze normy nie było. Ale my wiemy ile silników dziennie zrobiłyśmy i wiemy, że nas kantuje. No cóż - ludziom trzeba było zapłacić dodatkowo za pracę w soboty, wykończył jadalnię więc uciął premię bo kasa musi się znaleźć. Do tego mieliśmy dostać talony na święta, ale nie wszyscy. Ci, którzy choć trochę chorowali i byli na zwolnieniu mieli dostać mało, ci, którzy cały czas pracowali po 300 zł, a ci, którzy pracowali mniej jak pół roku - wcale. Pracujemy w zimnie bo na hali zimą jest jak na dworze, ludzie chorują, latem temperatura dochodzi do 40 stopni. Nie dość, że kiedy chorujemy to nie mamy premii produkcyjnej, ani obecnościowej, tylko goła pensja czyli za dwa tygodnie np zwolnienia i 2 tygodnie pracy w miesiącu było to około 800 zł to jeszcze teraz poszkodowani jesteśmy na talonach. Wszystek lud wrzał, kipiał, gotował się. Wyzwiska leciały w stronę dyrekcji, ale przecież nic to nie dało. Więc impulsywnie reagując odręcznie napisałam kartkę pisząc, że ludzie, którzy chorowali też przyczyniali się przez ten cały rok pracy do wzrostu produkcji i nawet teraz talonu nie dostaną i przyczepiłam ją na tablicy ogłoszeń. Kartka szybko znikła, ale trochę luda zdążyła ją przeczytać. Następnego dnia przed 2 zmianą skontaktowała się ze mną koleżanka z pracy prosząc, żebym jeszcze raz napisała pismo. Napisałam, tym razem je dopracowałam, wysłałam jej na gg bo ona jest szybciej w pracy bo mieszka na miejscu, ona to wydrukowała, ludzie z 2 działów tej fabryki się podpisali i talony dostali prawie wszyscy. Tyle żeśmy wywalczyli. Ale nastroje są coraz gorsze, a traktowanie nas ja nazywam traktowaniem ludzi jak bydło. Minęły święta, w styczniu wróciłyśmy do pracy i zobaczyłyśmy, że pracodawca zarezerwował nam 19 dni urlopu w roku chociaż może dysponować tylko połową bo tyle dni będziemy musieli mieć wolne. Do tego normy podnoszone są do liczb niewyobrażalnych. Końcem stycznia rozebrała mnie bardzo ciężka grypa i niestety, ale musiałam iść na zwolnienie, które zahaczyło o początek lutego. Czyli styczeń, luty bez premii - goła pensja, ale trudno - zdrowie ważniejsze. Po zwolnieniu wróciłam do pracy. Tuż przed dużą przerwą podszedł do mnie kierownik i kazał mi iść na okapy - drugi dział tej fabryki. Totalny szok bo przecież tam jest strasznie! tam mało kto wytrzymuje! Co robić? musiałam iść. Na wstępie ogromny stres. Nie ma, że idziesz normalnym krokiem, tam wszystko robi się biegiem. Tam panuje nienormalna atmosfera. Ludzie boją się iść do kibelka. Kierowniczką jest młoda - 20 paro letnia dziewczyna, jest chuda, nosi obcisłe spodnie wsunięte do kozaków, postawą, przypomina kapo z obozów, brakuje jej bata w ręce do pogania ludzi. Tam wszystkiego jest ciągle mało. Mało okapów, mało pracujecie... Kiedyś zebrała naszą linkę na początku pracy i bardzo nieprzyjemnym tonem oznajmiła, że jak na koniec zmiany jak nie będzie 450 okapów to w pracy możemy jutro się nie pokazywać. Tu ludzi traktuje się gorzej jak szmaty.Wczoraj oznajmili nam, ze nie wolno mieć przy sobie torebek - nic. Na śrogku hali jest stół i tam mamy zostawiać podręczne rzeczy, a na przerwie dopiero możemy sobie z tej sterty np zabrać śniadanie lub podpaski. I nie ma robienia sobie herbatek czy kawek: pod ścianą jest butel i czajniki i tam robić sobie picie. Cóż z tego kiedy nawet nie podłączyli tego do prądu, więc wczoraj śniadanie było na sucho. Ponieważ potrzebowałam pilnie urlopu jeden dzień więc w poniedziałek napisałam wniosek na piątek. Kierowniczka powiedziała, że nie dostanę bo potrzeba tydzień wcześniej to zrobić. Kiedy byłam na silnikach można było to zrobić nawet dzień przed. Wystarczyło. Powiedziałam, ze ja bardzo potrzebuję, że sprawa jest wyjątkowa, powiedziałam dokładnie dlaczego, a ona na to: pani wie czego ja potrzebuję? Urlop musiałam wziąć bo sprawa była bardzo ważna. W piątek dzwoniłam do niej, nie odbierała, nagrałam się na sekretarce, ale zadzwoniłam jeszcze raz. Ona odebrała mówiąc , a w zasadzoe drąc się: dlaczego nie wstawiła się pani w pracy? Przecież nie zezwoliłam pani na urlop? Odpowiedziałam, że dlatego wzięłam na rządanie. Darła się, że ona musi ze mną i jeszcze z jedną panią z silników porozmawiać bo my pracę traktujemy jak przedszkole. Ona potrzebuje ludzi, którzy będą pracować. Odpowiedziałam, że ja chcę pracować dlatego wzięłam urlop zamiast pójść na zwolnienie. Odparła: jak się chce pani leczyć to niech pani idzie na rentę i się leczy. Ja potrzebuję ludzi do pracy. W poniedziałek sobie jeszcze porozmawiamy. Nie porozmawiałyśmy bo była na zwolnieniu już drugi raz w przeciągu miesiąca. Ale dla mnie miarka się przebrała. Napisałam oficjalną skargę i czekam na odzew. Dalszy ciąg nastąpi...
niedziela, 16 listopada 2008
Z dzisiejszego kazania. Ewangelia dotyczyła talentów, które bogacz pozostawił swoim ludziom. Wiemy, że jeden mając 5 talentów pomnożył je jeszcze raz. Wiemy, że jeden zakopał je w ziemi i nic nie dał swemu panu. Ta przypowieść odczytana w kontekście miesiąca listopada, w którym kościół modli się za zmarłych nabiera innego wymiaru. Gdyby pomyśleć o tym, że nas również Bóg obdarował talentami i nas z nich rozliczy.... Fajnie kiedy tymi talentami np są pieniądze, zdrowie, dobry mąż, dzieci, przyjaciele itp. Ale cóż dzieje się kiedy by tak ułożyć litanie tego złego co nas spotyka w życiu... Gdyby tak dostrzec, że ze wszystkiego Bóg nas rozliczy, z tego co dobrego zrobiliśmy, ale i również z tego co niby nic nie posiadamy. Pomyślmy: niby mamy puste ręce, nic w nich nie mamy, nic w życiu dobrego nas nie spotkało...: zły mąż, brak pieniędzy, brak zdrowia, brak pracy..... Ale przecież to nasze życie, z tego się ono składa. I cóż z nim zrobiliśmy? Co zaniesiemy w tym dniu, w którym spotkamy się twarzą w twarz? A przecież te złe rzeczy to też talenty. Co z tym wszystkim zrobiliśmy? Czy może to zło jakoś przemieniliśmy w dobro? A może te talenty zakopaliśmy w ziemi i tylko narzekamy jak nam jest źle, jacy jesteśmy biedni, jak to inni mają dobrze tylko nie my. Nasze życie jest tylko naszym życiem i tylko my możemy z nim coś zrobić. Skoro mamy talenty to chyba warto je pomnażać, rozwijać, nie marnować. Bardzo mi się to spodobało bo czasami o tym zapominam i fajnie, że dziś mi ktoś o tym przypomniał.
poniedziałek, 27 października 2008
Nie wiedziałam, że tak szybko tu na moment zajrzę. Jak już pisałam: czasami tu będę. Tak na moment, żeby przysiąść, odpocząć. porozmyślać. I dziś chciałam napisać o wczoraj. Jak prawie co niedziela po obiedzie jedziemy do Wrocławia do teścia na kawę. Ale wpierw jesteśmy na mszy u dominikanów na godzinę 16.00. Bardzo lubimy te msze. Są takie prawdziwe, żywe, czuje się tak obecność Boga i więź wspólnoty. Zbierają się tam ludzie nie tylko z tej parafii, a raczej przede wszystkim zbieranina takich jak my. Msza o 16,00 to msza spacerowa. Trwa króciutko. Tydzień temu niestety spóźniliśmy się 8 minut i niestety, ale właśnie skończyło się już kazanie. Msza bez organisty - tylko żywy, surowy śpiew wiernych. Przychodzi tam bardzo dużo osób na te msze, a prowadzi je przeor. Często wyskakuje z jakimś tekstem, który wywołuje głośny śmiech ludzi. Ale mówi też pięknie: żadnego słowa zbędnego, krótko - ale trafnie, jak podczas rozmowy dwóch przyjaciół. Więc kiedy się go słucha to chciałoby się tak jeszcze i jeszcze..., ale on kończy czasami po 5-6 zdaniach. I to jest jego kazanie. Tej niedzieli mówił o św. Franciszku z Asyżu. Wspomniał z jego życia jeden bardzo ważny moment. mianowicie: kiedy Franciszek usłyszał od Boga, że miał odbudować Jego kościół wziął to bardzo dosłownie. Ponieważ jego ojciec był bardzo majętnym człowiekiem więc zabrał ze sobą trochę nie swoich rzeczy. Poszedł do swojego biskupa, rozebrał się do naga, ubrał w jakiś parciany wór i oddał się pod jego kierownictwo. Tu już dodam od siebie, że założył zakon, w bardzo szybkim tempie znalazło się wielu zapaleńców takich jak on. Przeor ciągnął dalej wątek. Otóż Franciszek zaczął budować kościół z kamieni. I robił to w dziwny sposób. Chodził ten łachmaniarz po osadach i o te kamienie żebrał. Mógł sam je zbierać, ale on o nie żebrał. I stała się dziwna rzecz. Ludzie dawali mu te kamienie oczywiście wiedząc na co, ale jednocześnie coś się w nich budziło. Jakieś dziwne uczucie. Po trochu stawali się odpowiedzialni za budowle czyli sami stawali się budowniczymi, ale i rodziła się taka braterska więź. I tu przeor chwilę pomilczał. A na koniec już swego kazania pożyczył ludziom, aby wychodząc z tej świątyni, być może przerywając niedzielny spacer, wychodząc i idąc dalej, żebyśmy pomyśleli o naszych więziach, które być może, gdzieś na którejś ścieżce życia zgubiliśmy. A ja uświadomiłam sobie, że ja też mam zerwane więzi. chodzi o moje miejsce pracy, w której ostatnimi czasy wspólnie przeżywamy kupę nerwów. Uświadomiłam sobie, że to wszystko jest nieważne, że to wszystko przemija i nie warte jest naszych nerwów, a tak naprawdę ważne są uczucia, ale te dobre względem ludzi, nawet tych z pracy:) Bo przecież tak naprawdę tymi odruchami, uczuciami też budujemy. Każdy swój kościoł, który dla każdego znaczy coś innego, ale dla mnie to znaczy wspólnota, w której przebywa sam Bóg. I żeby móc Go gościć trzeba budować tę wspólnotę dobrem i miłością. Nie ma tu miejsca, na złość, nienawiść, nerwy i tym podobne. Ale chyba starczy już mojego gderania.
wtorek, 21 października 2008
Dłuższy czas już zbierałam się, żeby coś zapisać, ale im dłużej tym gorzej. Z dodatkowego urlopu wróciłam zadowolona, z Iksińską się widziałam i ona zachwalała moją robotę szydełkową, ale ja widziałam jej sweterek, który wykonała własnoręcznie, bardzo dokładnie i wg mnie to cudo:) piękny wzór i pięknie się prezentuje. Ostatnimi czasy mocno skoncentrowałam się na szukaniu pracy: postanowiłam, że muszę zmienić obecną, ale niestety, żeby znaleźć coś konkretnego - trzeba mieć chyba szczęście. Wszystkie oferty są badziewiaste. Nawet przed chwilą dzwoniłam na ofertę pracy jako salowa w szpitalu, gdzie wyszczególniono: bardzo dobre warunki finansowe. Zadzwoniłam z ciekawości bo w szpitalu raczej nie mogłabym pracować. Praca co drugi dzień po 12 godzin. No i te dobre zarobki to 1300 zł brutto, a za nadgodzinę każdą jedną 10 zł dodatkowo. Jestem rozczarowana. No i oczywiście kiedy mam wolną chwilę to namiętnie szydełkuję i wciągnęło mnie to całkowicie. To niezła terapia. No i zlatuje tak dzień za dniem i stwierdziłam, że nie mam kiedy do Was zaglądać, a nie godzi się pisać sobie, a nie zajrzeć co u znajomych. I w tym momencie stwierdzam, że chyba nadszedł czas, żeby się pożegnać. Pewnie czasem coś napiszę bo nadal odczuwam taką potrzebę, ale nie będzie to pisanie systematyczne. Pisanie bloga bardzo dużo mi dało. Poznałam wielu bardzo dobrych i wartościowych ludzi. Niektórych widziałam na żywo, ale tych co nie widziałam też poznałam od tej bardzo dobrej strony. Wzbogaciliście mnie swoją obecnością, swoim życiem i wartościami. Bardzo dziękuję Wam za to. Za to, że byliście ze mną w najtrudniejszym czasie. Gdyby nie Wy - nawet nie umiem sobie wyobrazić co mogłoby być i jak moje i mojej rodziny życie potoczyłoby się. Jeszcze raz wszystkim Wam dziękuję. |