zapiski coddziene

środa, 04 stycznia 2012
mimo, że święta już za nami, ale takie rekolekcje można przeżyć w każdym momencie życia. Wklejam tutaj link do strony z nadzieją, że może komuś się to przyda, może jakaś zabłąkana owieczka trafi tu "przypadkiem":)
No i dla Ciebie Iro:) - bardzo je polecam do odsłuchania i zastanowienia się
http://gloria24.pl/rekolekcje-archiwum
czwartek, 21 lipca 2011
Już od końca czerwca nasza wspólnota żyje rekolekcjami, które się odbywają w różnych miejscach Polski. Są to rekolekcje ewangelizacyjne dla tych, którzy chcą przystąpić do wspólnoty i rekolekcje wyższego stopnia, które są dla tych, którzy już w tej wspólnocie są. Wracają z tych rekolekcji ludzie odmienieni, są to ludzie w różnym wieku, dużo młodzieży.Spotykamy się i dzielimy świadectwami, tym co przeżyliśmy, a że jesteśmy wspólnotą charyzmatyczną to też wiele się dzieje, wiele.Z jednego turnusu pociągiem wracało około 9 osó - sama młodzież. Na rekolekcjach wszyscy otrzymali charyzmat ewangelizacji. Młodzi - jak to młodzi, od razu chcieli zabrać się do roboty:) Wsiadając do pociągu postanowili już ewangelizować. Ale od czego zacząć? Wagon miał siedzenia takie, ze siedzący w nim wszystko słyszeli jeśli tylko ktoś głośniej się zachowywał. Oni starali się zachowywać cicho np w czasie koronki, ale kiedy z kimś rozmawiali to niekoniecznie bardzo cicho. Wpierw wsiadł między innymi mężczyzna, którego sobie upatrzyły:"tego spróbujemy zewangelizować" - tak sobie dziewczyny postanowiły. Zagadały, ale gość był dziwny, z religii brał trochę z byddyzmu, trochę z tego, trochę z tego - więc nic im z tego nie wyszło. Mówią sobie, ze chyba coś Panie Jezu nie tak z tą ewangelizacją, chyba to nie tak ma wyglądać. Więc jak Panie Jezu? Wsiada zakonnica, ich radość była przeogromna, na tyle, ze ona ze zdziwieniem powiedziała: a... to wy nigdy nie widziałyście w życiu zakonnicy?:) Ale w sumie rozmawiało im się bardzo fajnie, w efekcie wymieniły się adresami i piszą do siebie, siostra w szkole, w której uczy przygotowuje grunt pod ewangelizację młodzieży, a mieszka nie daleko nas. Wszystko byłoby ok, ale co jakiś czas po wagonie snuł się dziwnie podejrzany gość: łysy, z łańcuchami po ziemię, w czarnej koszulce - no dziwny. W między czasie ludzie niby przypadkowo, ale jakoś cieśnili się wokół i przysłuchiwali rozmowie z zakonnicą. Rozmawiali oczywiście o Bogu. Siostra wysiadła, ale dosiadł się ten dziwny typ. Więc młodzi zaczeli: no bo Pan Jezus, ten im odparł: a po co?, a czy On faktycznie jest, a czy można np odprawić w pociągu teraz mszę św, a po co kałan, po co sakramenty, a czy na pewno Bóg jest, one tłumaczą, ale gość niestety miał wiele argumentów, na które nie umiały odpowiedzieć. Rozmowa długo się toczyła, aż ostatnia z nich powiedziała do niego tak: pan ma dużą wiedzę, ale my mamy wiarę!
I wg mnie to było najpiękniejsze. Gość się uśmiechnął i odpowiedział, że jeżeli chodzi o mszę to mogliby ją teraz odprawić bo on jest kapłanem. Przedstawił się im. Jeździ na przystanek Jezus i nawraca młodzież, odwiedza więźniów i ogólnie środowiska kryminalistyczne stąd jego taki, a nie inny ubiór. Powiedział jeszcze, ze tylko jak wsiadł do wagonu to zaraz po usłyszeniu ich rozmowy z innymi modlił się, zeby Pan Jezus pomógł mu wykorzystać tę sytuację do ewangelizacji:) Podziękował im jeszcze mówiąc: właśnie zewangelizowaliśmy cały przedział:)
Przypadek? Oczywiście:) tylko KTOŚ musiał nim kierować:)
Chwała Panu:)
wtorek, 19 lipca 2011
A gdyby tak  Boga nie było....?
A jeśli to co widzę jest ułudą...?
A jeśli to wszystko co odczuwam to tylko mi się wydaje....?
A jeśli ten dzień, który trwa to fikcja....?

A gdyby tak było....?

Co wtedy?

No bo jak udowodnić, że to co widzą moje oczy i to co czuje moje serce to naprawdę istnieje?
Jak udowodnić, że istnieje smutek? czy też radość?
A moja dusza? co z moją duszą?
Jeśli liczy się tylko chwila tu i teraz to nic nie ma sensu. No bo przed chwilą odczuwałam radość, którą zburzył ktoś swoim postępowaniem. No i co w takiej sytuacji? Czy to życie ma sens skoro wszystko jest tak ulotne? Ja potrzebuję się na czymś oprzeć, moje istnienie, nie wystarcza mi tylko to co ulotne, ja nie chcę skończyć swojej egzystencji wraz z chwilą kiedy umrze moje ciało, ja chcę dalej żyć, we mnie jest taka tęsknota. Czy to jest tęsknota, którą poprzednie pokolenia odczuwały za nieśmiertelnością? Czy tylko ja tak mam? Czy może ludzie chcą przedłużyć swoje życie bo nie chcą umierać, a jeśli już muszą bo tak pokazuje życie to pragną mimo wszystko dalej żyć. I co z tymi, których zły uwiódł wmawiając im, że po śmierci cielesnej nic nie ma? Jakaż straszna wieczność bez Boga.
Ostatnio usłyszałam czym różni się czyściec od piekła. W czyścu jest tak: cierpię-czekam, cierpię-czekam, cierpię-czekam....
W piekle jest tak: cierpię-cierpię-cierpię....
Przerażające.
Chyba jednak ten czas tu na ziemi jest nam dany ze względu na naszą przyszłość, mamy pracować ze wszystkich sił, żeby znaleźć się nie w tej ostatniej rzeczywistości.
Czasami zastanawiam się czy wystarczająco dobrze pracuję na wieczność z Bogiem. I co mogę jeszcze dać z siebie, a czego jeszcze nie oddałam Jemu.
I co jakiś czas On słodko pokazuje mi na co jeszcze czeka...
środa, 15 czerwca 2011
Wczoraj idąc razem z mężem tak sobie rozmawialiśmy i dzieliliśmy się naszymi rozważaniami. Przy odmawianiu różańca w tajemnicy drogi krzyżowej doszła do mnie taka oto myśli. Miałam wczoraj bardzo trudny dzień. Od samego rana byłam może nie nerwowa, ale wręcz wściekła: do szału doprowadzał mnie mąż i inni ludzie. Niestety nie obyło się bez wybuchów złości. Wieczór był nie lepszy i kiedy modliliśmy się właśnie w tej tajemnicy doszło do mnie, że przecież każdy niesie jakiś krzyż w życiu. Narzekamy, że ktoś nas skrzywdził, że jest nam źle, nikt nie ulituje się i nie da pracy....itp. Jeśli spotka nas krzywda od drugiego człowieka to pół biedy bo łatwiej nam z tym się pogodzić, mamy na kogo się poużalać, nawyzywać. Gorzej jeśli nikt nie zawinił. I ja stwierdziłam, że najtrudniej i najciężej to mnie osobiście nieść swój własny krzyż, który często jest taki ciężki bo sama swoimi grzechami, swoimi wadami, nerwami, złością nakładam sobie na plecy. Tylko nie mam na kogo zwalić winy bo sama ze sobą kiedy jestem taka nerwowa nie mogę wytrzymać. I najchętniej to zrzucam ten krzyż z siebie. I kiedy tak rozważałam tę tajemnicę drogi krzyżowej Pana Jezusa to w duszy pomyślałam, że pewnie Jezus do mnie mówi: ty nie chciałaś go nieść, a ja go z miłości do ciebie poniosłem na swoich plecach. Dzielę się tym obrazem z mężem, a on na to, że często wyobraża sobie duży krzyż, który jest pochylony jak na równi pochyłej, a na nim ludzie: jedni na samym dole tego krzyża inni na górze. Mnie zaraz przyszła jeszcze jedna myśli: tym krzyżem jest życie. Ludzie, którzy stoją na dole to ci, którzy się bawią, używają życia, żyją beztrosko, często są zamroczeni używkami i jest im dobrze, są blisko ziemi, nawet jak spadną to niewiele sobie zrobią, nie potłuką się bo ziemia jest blisko. Gorzej z tymi, którzy są wyżej bo jak spadną to upadek ich będzie bolesny. Ci, którzy wspieli się najwyżej to żal sobie nawet wyobrażać co by było, gdyby upadli.
Idąc dalej: wiemy, że krzyż to zwycięstwo, ten krzyż kiedyś ludzie, którzy zabili Jezusa podnieśli i postawili wbijając w ziemię. Jakże zmienia się teraz perspektywa: podnosząc krzyż, patrząc z drugiej strony już nie z tej ziemskiej, ale od strony nieba.....
Ci, którzy byli blisko ziemi, którym w życiu ziemskim było dobrze, wygodnie, którzy nie bali się upadku, niestety, ale do nieba mają daleko, a nawet mogą do niego nie trafić, ich upadek może być wieczny tak, że nigdy mogą nie powstać. Ci, którzy byli wyżej w momencie podnoszenia krzyża mogą się schwycić chociaż stóp Tego, który na tym krzyżu zawisł. Ci, którzy byli całkiem wysoko znaleźli się blisko Jego ran, Jego serca i mogą się w tych ranach ukryć, może On sam poda im rękę i schwyci i schowa w swoim sercu, a jeszcze inni może będą mogli otrzeć Jego Cudowne Oblicze i zobaczą uśmiech na Jego twarzy, który będzie mówił: jak bardzo się cieszę, że teraz jesteś tu ze zmną.
Takie oto mieliśmy obrazy.
I tak sobie jeszcze myślę, że muszę prosić Pana Jezusa, żeby pomógł mi dźwigać mój własny krzyż bo On już tę drogę przeszedł, a ja sama nie dam rady.
poniedziałek, 13 czerwca 2011

Mamy w naszej wspólnocie młodą dziewczynę, która znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Na dzień dzisiejszy nie ma gdzie mieszkać, finanse nie za ciekawe. Pracuje na promocjach, ale dziś taka praca jest, ale jutro może jej nie być. Ale nie to najważniejsze: jest osobą bardzo poranioną z problemami. Póki co ktoś jej udostępnił chwilowo mieszkanie, ale musi je w tym tygodniu opuścić. 
Parę osób ze wspólnoty było na czuwaniu przed Zesłaniem Ducha Świętego w Pajęcznie bo tam teraz nasza wspólnota prowadzi misje. Pojechaliśmy i oczywiście bardzo to spotkanie przeżyliśmy. Była również z nami ta dziewczyna. Wróciła w o wiele lepszym stanie jak wyjeżdżała tam. Swojej radości zresztą nie ukrywała. Ale wczoraj powiedziała takie zdanie, które nie jest mi obce bo je na własnej skórze przerabiałam, ale znając jej sytuacje - poruszyło mnie bardzo głęboko. Powiedziała, że codzień rano otwiera oczy, budzi się i mówi do Boga tak: Panie - dziś jestem zdana na Ciebie,jestem całkowicie od Ciebie zależna, Ty wiesz, ze nie mam co jeść i znasz moje problemy. Powiedziała tyle. A ja w swoim wnętrzu bardzo się rozczuliłam bo wiem jak to jest. Efekt jest taki, że ponieważ pracuje na promocjach więc zawsze coś tam doje. Myślę, ze będzie z tym jedzeniem lepiej bo pensja za parę dni wpłynie. Fakt-parę dni temu po tygodniu pobytu wyszła ze szpitala. Będzie lepiej, ale sytuacja np rodzinna raczej pozostanie bez zmian. 
Rozmyślam sobie o niej i przychodzą mi takie myśli. Znam tę sytuację i dochodzę do wniosku, że czasem Pan Bóg mówi, ale my nie rozumiemy, nie widzimy, pozostajemy jakby ślepi. I nie mówię teraz o niej, ale np o sobie. Sama jestem często taka, że nie widzę tego co Bóg chce mi powiedzieć. I czasem mówi łagodnie, ale skoro nie rozumiem to poprzez wydarzenia ostrzejsze próbuje, ale ja dalej nic, więc używa bardziej "wyrazistego języka". Dopiero kiedy spadam na dno - wtedy zaczynam się zastanaiwać, dlaczego mnie to spotkało, za co, czy muszę tak cierpieć. Zadaję wszystkie pytania, użalam się, ale wciąż nie zadam tego jednego: co Pan Bóg chce mi przez to powiedzieć? Teraz jestem już mądrzejsza i dziękuję Bogu za to wszystko co przeszłam, ale nie znaczy to wcale, że jeszcze się gubię czasem:)
I dalej sobie tak myślę, że tak naprawdę to co przeżyłam to wielka łaska bo Bóg nie skreślił mnie, ale dał wile możliwości, postawił na mojej drodze ludzi, za których się modlę bo być może nie ma tego kto za nich robić i wiele jeszcze różnych myśli mam. I to co po ludzku jest w naszym odczuciu tragednią może być błogosławieństwem i łaską bo być może Bóg w swojej miłości pochyla się nad nami i mówi do nas takim językiem, który naprawdę zrozumiemy. Dlatego ważne jest, abyśmy modlili się o łaskę pełnienia i rozumienia woli Bożej w naszym życiu.
Zaufać Bogu....
Tak na maxa...
Rzucić się w ramiona Jego Opatrzności...
To dopiero jest sztuka.

piątek, 03 czerwca 2011
Z książki "On i Ja"

1441. - 1948 - 27 maja. Boże Ciało. - Panie, tak bardzo chciałabym służyć Twym pragnieniom!

- "Zajmij miejsce obok Mnie, tam gdzie był Jan, podczas gdy ustanawiałem Eucharystię. Oglądaj moją radość. Wydaję się nawet nie myśleć już o strasznej męce, która zacznie się niebawem. Cały przechodzę w miłość do ludzi, nie tylko do Jedenastu, lecz do wszystkich, jacy będą żyli aż do końca czasów. Pojmujesz, że to jest tak, jak gdybym was wszystkich brał w moje Ciało, obiecując wam, że będziecie jego członkami.

W tak wielkim stopniu posiadałem to pragnienie, że chciałem być przez was spożywany, aby połączyć nasze myślące umysły i nasze działające istoty.

Dziwi was tak wielka miłość. Ale odgadujecie tylko bardzo słabą jej część: czy płomień pochodni daje pojęcie o pożarze? A będąc przy Mnie tu, gdzie jest Jan, czy zdajesz sobie sprawę z uczucia, które wprawia Mnie w drżenie: to znalezienie sposobu pozostania z wami,  którzy nie byliście tam owego wieczoru Ostatniej Wieczerzy; wy, których do tego stopnia już kochałem, że z tego powodu umarłem w pohańbieniu; wy, których całemu życiu będą towarzyszyły moje Hostie i których śmierć będzie łagodniejsza.

Z twego miejsca, z miejsca Jana, spójrz jak apostołowie stali się już innymi ludźmi, rozczulonymi i pobożnymi. Oni wierzą i posiadają Mnie. Działam już w nich tak jak będę działał w was. Czy mogę być obecny i nie obsypywać darami? Któż jest tak bogaty? Kto bardziej pragnie waszego dobra? Służ więc temu pragnieniu, prosząc Ojca, aby wszyscy pozwolili Mi działać w sobie. O, gdyby przynajmniej pozwolili Mi wejść!... Boją się być widziani. Mają czas tylko na interesy, nie zachowując dla Mnie żadnej cząstki. Nie wierzą. Nie myślą o tym. Pogardzają. Inni, wierząc, nienawidzą Mnie i w sposób niski prześladują w cyboriach wszystko, co mogą. Wy, moi wierni przyjaciele, otoczcie Mnie; ozdabiajcie moje Tabernakula; mówcie Mi słowa pocieszenia; dajcie odpowiedź Miłości, odpowiedź życiem, odpowiedź śmiercią. Pragnijcie opóźnić ją by Mnie dłużej kochać. Przyjdą po was następcy, ale któż was zastąpi? Każdy z was ma dla Mnie swoją własną twarz i własną drogę. Utrzymuj swoją twarz przed moim Obliczem i przyspiesz swój krok na drodze".


We wtorek i środę byłam na misjach w diecezji częstochowskiej. Misje prowadzili nasi księża ze wspólnoty. Cóż mówić-jak zwykle: pięknie.
Siedzi mi opowieść w głowie. Nie wiem czy to fakty, ale istota opowieści bardzo pouczająca.
Otóż w mieście przy parku, w zgiełku dnia codziennego, wśród przechodniów rozmawia dwóch mężczyzn. Jeden z nich mówi: słyszysz jak pięknie gra świerszcz? Na to drugi bardzo się dziwiąc odpowiada: jakże ty wśród tego zgiełku mogłeś usłyszeć świerszcza? Ano w bardzo prosty sposób, chodź to ci pokażę. Odeszli parę kroków w bok na chodnik i ten wyciągnął z kieszeni drobną monetę i rzucił na chodnik. obejrzało się w stronę odgłosu spadającej monety 5 osób. Na to ten mówi: widzisz - zależy na co nastawiony jest człowiek, na jaki odbiór-odgłos... to usłyszy. I tak też jest z nami jeśli nastawimy się jak odbiornik na odbiór Boga, tego co do nas mówi - to i GO usłyszymy. Trzeba tylko swoje "ucho" wewnętrzne wyczulić i już nie jesteśmy głusi:) Sposobało mi się to.
Ale tam też usłyszałam, że Pan Jezus przechadza się po wiosce tych ludzi, wśród których były prowadzone misje. Przechadza się od drzwi do drzwi i puka: czeka aż ktoś Mu otworzy.
A dziś obudziłam się z piosenką, którą w myśli śpiewam bo nie daje mi spokoju:
"Oto stoję u drzwi i kołaczę
oto stoję u drzwi i kołaczę.
Jeśli kto posłyszy mój głos
i drzwi otworzy.
Wejdę do niego i będę tam wieczerzał,
a on ze mną"
On dziś puka do wielu serc ludzkich... czy dziś MU otworzę?
niedziela, 29 maja 2011
Spróbuję odpowiedzieć, ale zaznaczam, że nie zamierzam nikogo przekonywać, dowodzić swoich racji. Chcę napisać tak jak ja to pojmuję.
 Bóg akceptuje Twój wolny wybór. Nie obarcza przykazaniami, dał je, ponieważ w tamtejszych, ale i w obecnych czasach nikt nie brał w obronę np: sieroty, wdowy, chorych, biednych...
Najważniejsza w tym wszystkim jest miłość, jeśli kochasz to przykazania nie ograniczają Twojej wolności, ale wytyczają ścieżkę prowadzacą do Boga. Nie obarcza nas świadomością grzechu ciężkiego. Jeśli wierzysz to z miłości sama wolną wolą dokonujesz wyborów. Mamy rozum i wiemy, że nie wolno wkładać rąk do ognia bo się poparzymy, będzie rana, ból, blizna. Ale małe dziecko już tego nie wie, dobry rodzic mówi mu, żeby tego nie robił bo wiąże się to z bólem. Czy rodzic mówiąc mu o tym ogranicza je?
Jeśli nie chcesz iść tą drogą Bóg nie przestaje Cię kochać. Wręcz przeciwnie, wciąż jak dobry Ojciec wypatruje Cię i czeka na Ciebie bo jesteś Jego najukochańszym dzieckiem, które może na swojej drodze spotkać wiele zasadzek i bardzo się poranić. A przecież Jego Syn oddał za Ciebie swoje życie, przelał swoją drogocenną krew.Bóg walczy o Ciebie, bardziej niż Ty sama.
Jeśli wierzysz to przykazania nie są ciężarem. Tę drogę wyznaczył sam Bóg dając Mojżeszowi przykazania. Jeśli nie chcesz iść tą drogą to tak naprawdę możesz iść inną, ale nie mów, że to  Bóg na Ciebie się obraził. On wciąż na Ciebie czeka bo jest samą Miłością. To był Twój wybór, Ty się od Niego odwróciłaś, poszłaś inną drogą bo chciałaś. Adorować Boga możesz jak chcesz. Pytanie tylko: którego lub jakiego Boga adorujesz? Mojego Boga adorujemy między innymi w kościele, w sakramentach-to odnośnie chodzenia do kościoła. Jeśli nie wierzysz to chyba nie powinna Ci przeszkadzać świadomość grzechu. No bo albo wierzysz, albo nie.
Odnośnie jeszcze adorowania, rozmawiania o Bogu i mówieniu do Niego wszędzie. Jeśli ja będę nosić zdjęcie mojego dzecka w portfelu wszędzie, nawet będę mówiła w myślach, że go kocham to czy to dziecku mojemu wystarczy?Jśli nie będę go widywała, nie odwiedzała, nie jadała razem z nim - to czy to wystarczy? Jezus nie jest martwy, jest żywą Osobą, która zaprasza mnie do swojego domu, chce mnie karmić, chce ze mną rozmawiać, nawiązać relację. Dziś wyczytałam takie zdanie jednego więźnia nawróconego, odsiadującego wyrok 25 lat za morderstwo: modlitwa jest moim pokarmem i muszę jeść, aby żyć. Bardzo głębokie słowa.
Na pewno Bóg nie zemści się za to, że nie chodzisz do kościoła, że Go nie odwiedzasz, że nie uczestniczysz w Jego ucztach. Zaprasza wszystkich. Jest miłosierny, szanuje Twoją wolę wolną, ale czy jest szczęśliwy, czy się z tego cieszy, że Go nie odwiedzasz i nie przyjmujesz w sakramencie eucharystii? Myślę, że tęskni.
Czym jest Kościół? Dla mnie to lud Boga, ksiądz też do tego ludu należy. Bóg wybiera sobie niektórych do szafowania sakramentami, do prowadzenia ludzi. Są wybranymi z ludu czyli nie są idealni. Tak więc wszyscy razem idziemy jedną drogą do Boga, razem się trudzimy borykamy z różnymi wadami, ja z np egoizmem, ktoś z zazdrością, a jeszcze ktoś ze skąpstwem. Ale pielgrzymujemy do Boga. Czyli taki ksiądz też popełnia jakieś błędy. I muszę powiedzieć,  zakładając, że drażniły by mnie błędy księdza to i tak nie powstrzymałoby mnie to do niechodzenia do kościoła. Ja potrzebuję tej wspólnoty ludzi, tych sakramentów, wspólnej modlitwy, jednoczenia się wokół stołu Pańskiego. Tak jest ze mną. Ale zawsze zadaję jeszcze takie pytania: ile razy modliłeś się człowieku za swojego lub innego księdza? Jak często wspierałeś go modlitwą w jego trudzie? To tyle.
Zasady nie wymyślił kościół, ani księża. Przykazania dał Bóg Mojżeszowi.
Papież nie jest Bogiem. Nieomylne jest jego nauczanie w kwestiach wiary. Poza tym niech ktokolwiek wykaże błąd w oficjalnym nauczaniu papieża w kwestiach wiary na przestrzeni 2000 lat. Kiedy się pomylił? Dalej: Bóg jest miłością i nie czeka, aż popełnię grzech, ale czeka, że ten grzech wyznam i poproszę o przebaczenie czyli poproszę, żeby nasza przyjaźń nie była zerwana, ale na nowo się rozwijała dzięki Jego łasce. Nie wiem w jakiego Boga wierzysz.
Nie wystarczy urodzić się w rodzinie katolickiej, w takim wyznaniu. Katolik to człowiek, który myśli, rozwija się, zadaje pytania, szuka na nie odpowiedzi. Nie zatrzymuje się na etapie 5-latka, ale wraz ze wzrostem i rozwojem fizycznym rozwija także ducha. To człowiek, który kształtuje sumienie, bada je, rozmawia z Bogiem, przyjmuje Go do swojego serca w sakramencie eucharystii, zaprasza Go codziennie do swojego życia. Tak po krótce jest to opis katolika.
I jeszcze jedno: kościół opiera się na tradycji i Objawieniu(Pismo Święte).
I tam, gdzie kończą się argumenty tam zaczyna się wiara. W rozumowaniu robię miejsce wierze. Albo coś przyjmuję jako prawdę i wierzę, albo odrzucam i nie wierzę.
To tyle tak krótko po mojemu. Pozdrawiam i życzę spotkania prawdziwej MIŁOŚCI:)
czwartek, 19 maja 2011

568. - 1939 - 24 marca. Le Fresne. Świętego Gabriela. - "Dlaczego sądzisz, że jesteś sama, kiedy się modlisz? Ja modlę się razem z tobą. Zawsze".

Niedziela Męki Pańskiej. Po komunii: "Bóg jest wszędzie. Gdybyś o tym myślała... Cóż za wieczysta adoracja!"

środa, 27 kwietnia 2011
doszła do mnie ponownie myśl, jak bardzo jestem wdzięczna Bogu za eucharystię. Kiedy w wielki czwartek przeżywaliśmy ustanowienie tego sakramentu zrodziła się w moim sercu wielka radość i wdzięczność.
W wielki piątek kiedy obchodziliśmy pamiątkę męki i śmierci Pana Jezusa uzmysłowiłam sobie, że to wszystko - nasze życie nie miałoby sensu, gdyby Jezus tej drogi przed nami nie zrobił, gdyby nie zwyciężył śmierci, gdyby nie wziął na siebie naszych grzechów, gdyby nas nie odkupił swoją drogocenną krwią, gdyby nie zawarł Nowego Przymierza. To niesamowite. W tych chwilach podczas uroczystości odczułam, że nie pozostawił nas bezradnych, że zawsze jest z nami, na wyciągnięcie ręki, a może jeszcze bliżej - bo w moim sercu. I kiedy tak adorowałam Pana Jezusa przy grobie to czułam Jego żywą obecność i że nie pozostawił nas samych, że jest z nami cały czas.
Potem zaczęłam się zastanawiać: jakiego Jezusa teraz szukam-umęczonego czy też już zmartwychwstałego? I dziś przeczytałam na stronie Mateusza :

Droga wiary każdego człowieka jest podobna do tej, którą przeszli uczniowie do Emaus. Rozpoczyna się od nierozpoznania Chrystusa, idącego razem z nami. A On delikatnie zaczyna pouczać przez swoje słowo, odsłania tajemnice swego serca. Zasiewa wiarę, która pozwala odkryć to, co niewidoczne dla oczu. A potem ofiarowuje siebie jako Chleb życia. Droga do Emaus streszcza się w każdej Eucharystii, kiedy Pan zmartwychwstały mówi do nas i karmi nas sobą.

ks. Wojciech Skóra MIC, „Oremus” kwiecień 1999, s. 12

No i już ostatnie pytanie:

O czym ja rozmawiam z Jezusem na drodze mojego życia?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89